Ornamenty Gościnności ciąg dalszy - budujemy dom dla kultury

Ostatnia wyprawka okien do Kijowa za moment (23-26.09). Musimy umyć, ozdobić, zabezpieczyć i zapakować na busy ok. 50 wielkich okien. Mamy je z pustostanu po Telekomunikacji Polskiej i Orange, który przeżywa teraz odrodzenie. Jakiej jakości to będzie odrodzenie, zależy w dużej mierze od naszej fundacji, inwestorów, wykonawców i architektów.

Szansa jest niezwykła na co najmniej kilka sposobów. Z perspektywy odpowiedzialności architektury i ekologiki mamy opcję wykorzystać (albo ukochać) coś co już stoi i nie zamienić tego w górę śmieci. Możemy mądrze przeprowadzić rewitalizację, zbudować ściany np. ze słomy i gliny, na dachu zrobić prawdziwy ogród, ścianę podwórka pokryć mchem, wyszarpać kilka świętych miejsc parkingowych na przestrzeń wspólną dla sąsiadów… – to wszystko w znacznej części jest już zasługą sensownych inwestorów i architektów. My jako animatorzy, edukatorzy, przedsiębiorcy społeczni dołożymy tu swoje, ale nie tu leży główny ciężar naszego odcinka roboty.

fot. M.Musiał

Nasza praca dotyczy głównie tego drugiego rodzaju budulca, z którego stawia się dom. Równie ważnego, choć jako społeczeństwo jesteśmy w nim tak kiepscy, że już ledwo nawet pamiętamy o jego rzeczywistości. Nie dowierzamy, podśmiechujkujemy, z mistrzów tego rzemiosła często robimy świrów, innych, którzy nie zeszli jeszcze na ziemię… do dystopijnego rajskiego ogrodu społecznościowego zamkniętego za płotem przy Galerii Katowickiej. Tak kończą się projekty, które tworzymy tylko z jednego rodzaju materiałów.

Gdzieś nam się ten drugi budulec, w szale cywilizacyjnego mierzenia bicepsów, budowania silnych marek i transformacji technologicznych, zagubił. Z tego innego, niewidzialnego tworzywa budują na przykład nauczyciele, gospodynie otwartych domów, robotnicy kultury, panie z MOPSu, zmęczeni tytani trzeciego sektora, osiedlowi sklepikarze, co nie potrafią się zamknąć i skupić na czystym zysku, tylko wciąż i wciąż pytają Cię jak się masz. To czy dom kultury będzie naprawdę domem dla kultury zależy od budowniczych budowli niewidzialnych, gospodarzy codzienności, nurków wielkiej wody małych muszelek.

I tu dobija się do nas problem naszego przeinwestowania w materialne i tzw. konkretne. Jako społeczeństwo mamy olbrzymi problem z inwestowaniem także w projekty, które nie kończą się nową drogą albo wielkim szoł. Coraz trudniej nam się dogadać, zebrać do prawdziwie potrzebnej roboty, w ogóle wiedzieć czym ona może być… i jednocześnie większość środków wciąż przeznaczamy na kolejne drogi (łączności?), muzea, prestiżowe (etym. słowo "prestiż" oznacza iluzję, oszustwo) hale kongresowe i 2-dniowe wydarzenia za pół bańki, dziwiąc się przy tym, że nasze społeczeństwo obywatelskie jest głównie fantazją, kampanią marketingową… a my jako ludzie jesteśmy coraz bardziej samotni i oderwani od prawdziwej przynależności pełnej wspólnych aktów twórczej troski, które potrzebują swoich pracowni. Trwania w miejscu. Przestrzeni na wiele błędów i małe sukcesy. Właśnie środków na powolne zadomawianie domów kultury, które w swojej najwyższej aspiracji dawałyby miejscowym mit i warsztat do opiekowania wyzwań duchowych zbiorowości. Odpowiedzialnością gospodarzy takich domów byłoby wznosić toast za ich hajmat, stwarzając szansę na obywatelskie stawanie się dla reszty. W jakiej kulturze można by tak nie robić? Nie rozumieć, że to sprawa najwyższej wagi. Wariactwo.


“Pytaniem przyszłości jest, czy dojrzejemy do tego, by inwestować w budowanie ‘niewidzialnych mostów’ w takim wymiarze, jak czynimy to w odniesieniu do mostów materialnych. Inaczej mówiąc, a może przekładając to bardziej na polskie realia: czy doczekamy się wreszcie elit, które rozwój cywilizacyjny mierzyć będą jakością pracy nauczyciela w szkole, a nie ilością cementu wylanego na budowę dróg.”
— Krzysztof Czyżewski

Dlatego pytanie o środki na działania w tkance miękkiej, na budowle metafizyczne, na bunty ontologiczne, na świątynie niewiedzenia….. nie są błahą sprawą. Nawet wojny zaczyna się, wygrywa lub przegrywa w dużej mierze siłą opowieści. To jedna z lekcji, której możemy się uczyć od Ukraińców. Ich "peremoha" oznacza przezwyciężanie, przemaganie. Nie chodzi o pokój, nie chodzi o powrót do tego co było przed wojną albo np. covidem. Dzisiaj, w czasie wszechkłopotów, musi nam chodzić o przemaganie się dużo odważniejsze i dużo mniej pewne przyszłości, którą opowiadając stwarzamy. W innym wypadku, zaraz obudzimy się w kolejnym kryzysie, i tak w kółko, i tak po kole. Czy to nie brzmi jak dobrze znany nam dzisiaj rodzaj piekiełka? Potrzebujemy peremohy.

Naszą obecną sytuację kulturową mój inny nauczyciel, Martin Shaw, określa jako „czasy sroki” – skupione na ostrych binarnych podziałach, takich jak czerń i biel, prawda naukowa i sekciarskie zabobony, konkretne i lekkoduszne, czy prawica i lewica. Pod charakterystycznym czarno-białym upierzeniem sroki kryje się jednak mieniące się błękitem pióro, które można dostrzec jedynie przy bardzo wnikliwej obserwacji. Dla Martina, prawdziwe mity i opowieści posługują się właśnie tym „językiem błękitnego pióra” – oferując subtelną i zręczną, trzecią perspektywę w sytuacjach, gdy społeczeństwo tkwi w impasie sporów.

Tłumacząc niezdarnie ten piękny obraz na praktykę, zdobimy nasze okna ornamentami, szukając pierwszych niewidzialnych materiałów, z którym chcielibyśmy zbudować nasz dom kultury.

A co jeśli obecność Innych jest czasem świętym? Jeśli gościnność jest sztuką, która pomoże nam zebrać dupki do większego życia niż to, w którym się teraz dusimy? Co jeśli to nie my robimy Ukraińcom łaskę, tylko to oni są naszą szansą na łaskę?


Kacper Lemiesz










Next
Next

Regeneracja gleby kulturowej – zapiski z naszych praktyk