Regeneracja gleby kulturowej – zapiski z naszych praktyk

“Ludzie dwa razy młodsi od nas zaczną niedługo zadawać nam dwa niewygodne pytania: kiedy byłeś w moim wieku, czy wiedziałeś, co się działo (lub co miało się wydarzyć)? I w związku z tym, co zrobiłeś ze swoim życiem? Najłatwiejszą do przyjęcia odpowiedzią byłoby: nie mieliśmy pojęcia. Stan świata łatwiej byłoby zaakceptować, gdyby był on spowodowany naszą niewiedzą. Ale czy taka będzie prawda? Jeśli nie, zostawimy naszym potomnym rodzaj dziedzictwa, które będzie niemal nie do zniesienia. Szybko staniemy się przodkami, do których nikt nie będzie chciał się przyznać.”

 Stephen Jenkinson

Chocholi taniec

Szkoła stała się dziś instytucją do takiego stopnia przemęczoną, znużoną, przerośniętą formalnościami, że paradoksalnie coraz trudniej jest się w niej uczyć i hartować ducha zaangażowanego, rozkochanego w świecie człowieczeństwa. Z perspektywy małej, zwykłej codzienności, społeczna tkanka edukacji jest zazwyczaj miejscem rygorystycznego, chocholego tańca, w którym uczestnicy odgrywają sztywne i zazwyczaj wewnętrznie spolaryzowane role. Nadmiernie grzeczny uczeń i zapięta na ostatni guzik nauczycielka. Ściągająca kombinatorka i wychowawca-strażnik porządku, w który sam już w nie wierzy. Wypalony, walczący innowator i trzydzieścioro rodziców oczekujących priorytetowej realizacji interesu ich dziecka. Dyrektor uwikłany w samorządowe polityki i edu-bloger sprowadzający swoje nieskażone praktyką porady do cwanych modeli przywództwa 9.0. Rodzic, który dostrzega natarczywe dokuczanie w grupie rówieśniczej swojego dziecka, ale ugina się pod ciężarem wszestronnego zmęczenia oraz pedagog szkolny, który próbuje zaangażować nauczycieli w mediacje tego konfliktu, ale spotyka się z ich przytłoczeniem i zamkniętymi sercami. Nic oczywiście dziwnego, że są wypaleni i zrezygnowani, skoro system wymaga od nich tak wiele bezsensownej pracy, do tego za niskie wynagrodzenie. 

Większość energii i zasobów szkolnictwa jest przeznaczona dzisiaj na jego chorobliwe samoutrzymanie się, na sedno pedagogicznej pracy zostaje realnie mało miejsca. Każda z tych figur nie reprezentuje oczywiście złożoności konkretnego człowieka czy szkoły, ale mówi nam dużo o współczesnej rozgrywce polskich kompleksów kulturowych w edukacji. Poza nielicznymi wyspami sensu i wątpliwości, widać, że prawie nikt szczerze nie chce brać udziału w szkolnej codzienności, ale wszyscy, jak mrówki opętane feromonowym szałem, łażą za sobą do upadłego. Stoimy więc przed brzemiennym pytaniem: jak naprawdę przezwyciężać tak potężne uwikłanie, żeby za moment nie zorientować się, że nasze działania były tylko pozorne, a sytuacja wcale się nie poprawiła?  

Próby dojrzewania u kresu porządku

W tak opętanej bezsensem sytuacji, młodzi próbują zapleść nowy węzeł kolektywnego obowiązku. Szkoła – w swojej realnej praktyce – podpowiada im, kim jest człowiek i co to znaczy praktykować kulturę. Zanurzeni w ontologicznej pogodzie ich czasów, uwikłani w błędy poprzednich pokoleń, budują na fundamentach, które pozostawiamy im w spadku... i zastanawiają się, czy w ogóle warto żyć. Poza bardzo wąskim gronem młodych elit, młodzi zazwyczaj nieświadomie przeczuwają skalę kryzysów nawiedzających nasze społeczeństwo. Stają więc przed wyjątkowo ciemnym obrazem świata, który na pierwszy rzut oka nie proponuje im żadnej godnej przyszłości i tym samym powodów do życia na pełnej petardzie (nie mylić z robieniem indywidualnej kariery). Nasz transformacyjny, dziki romans z ponowoczesną cywilizacją Zachodu, zaczyna coraz drastyczniej ujawniać swoje konsekwencje. Tylko nieliczni wychodzą z tym na ulicę czy tworzą projekty próbujące brać na siebie odpowiedzialność za ten stan rzeczy – tym samym odzyskując życiową sprawczość. Większość młodzieży i młodych dorosłych rezygnuje z trudu takiej pracy, nie ma na nią warunków i nie patrzy w górę albo znajduje piekielnie uproszczony obraz wroga i buduje swój życiowy mit na strachu przed Innym (dziś zazwyczaj uchodźcom, osobami LGBT+...). Mozaika świata została rozbita i wydawać się może (szczególnie młodym), że jedyne co nam pozostało, to budować tajny bunkier lub balować / harować na Titanicu pełnym nierówności i cierpienia. Teraz już możemy poczuć zimny uścisk tej sytuacji i jej wezwanie do duchowej pracy naszych czasów. Jak – w roli starszych – staniemy wobec wychowywania na progu światów? Bez osób, które wezmą na siebie to sążniste przedsięwzięcie, obudzimy się w społeczeństwie, w którym kolejni dorośli będą – jeszcze bardziej – jak zombie: zrezygnowani, psychicznie zaspani i bezwiednie szukający tylko małych odurzeń a’la 10-sekundowy filmik, łikendowe imprezowanie czy kłótnia w komentarzach. Stara mądrość podpowiada nam jednak, że w takich momentach, kiedy zbiorowo zapomnieliśmy, jak praktykować nasze obowiązki wobec młodszych i czym jest głębinowa solidarność, potrzebujemy chwili buntu. Buntu, który sekretnie przywraca porządek. Wędrówki w nieznane, bo znane oszalało. Potrzebujemy, żeby nasze warsztaty człowieczeństwa – szkoły, domy kultury, świetlice, duszpasterstwa – poszły na wagary. Chodzi o to, żeby wstrzymać chory bieg do celów (o bardzo podejrzanej wartości) i pójść poszukać prawdziwie drogocennych wizji. Po czym wracając, zacząć tworzyć małe centra świata godne naszych miejsc i czasów. Po śląsku nazywamy to hajmatem.

Pedagogika wędrówki bez tyranii współrzędnych – pedagogika wagarów

Czym więc byłaby pedagogika u kresu porządków? Z doświadczenia naszej pracy wynika, że rezygnacja z badania terytorium współczesnych tarapatów doprowadza młodych ludzi do stanów pokoleniowej apatii, duchowej depresji lub gonitwy po trupach do celu... czyli różnych form rezygnacji z prawdziwych zmagań. Poddania się, które czasem przybiera też formę hiperaktywności. Nasi młodsi cierpią na kryzys sensu dlatego, że nie widzą ścieżek przynależności, które dawałyby im przestrzeń do twórczego praktykowania życia w warunkach, w których przyszło im realnie żyć. Świadome widzenie lub podskórne wyczuwanie mizernego stanu świata, połączone z jednoczesnym wyparciem tego faktu przez starszych od nich, sprawia, że lądują w duchowej szarpaninie między ucieczką i wycofaniem a paraliżującym kontaktem z treściami nowych mediów, w których widzą smog społecznej kłótni, pychę liderów czy co chwilę płonące lasy. Młodzi tęsknią więc dzisiaj przede wszystkim za prawdziwymi dorosłymi, którzy w swoich małych pracowniach (gdzie zmieści się parę ekstra krzeseł), dadzą im przykład trójwymiarowego człowieczeństwa w mrocznych czasach. Może zabrzmi to wręcz banalnie, ale potrzebny jest im kontakt z człowiekiem, który z łamiącą serce troską, z ambiwalencją oddającą hołd złożoności sprawy, praktykuje swoją codzienność tak, jakby jego życie miało konsekwencje. Jeśli szukać by dzisiaj oznak końca świata, to fundamentalny, systemowy brak miejsc, w których nasi młodzi mogliby dojrzewać w cieniu takich osób, jest kluczowym znakiem na niebie.

Edukacja, które nie uznaje, nie przygląda się z przejęciem i nie próbuje z naszych kryzysów robić okazji do małych aktów solidarności i piękna, fundamentalnie nie staje w swojej odpowiedzialności. Zamyka oczy i ślepo reprodukuje własną szkolność, zamiast odważnie podjąć wyzwania dzisiejszych czasów. Staramy się więc, żeby praktyka i publicystyka naszego Liceum Sowizdrzała nie polegała na nowinkach programowych i reprodukcji w miarę grzecznych, konferencyjnych elit, które zazwyczaj kończą na zbyt pewnym mówieniu innym „jak być powinno”. Wyzwanie, które stoi przed nami jest głębsze – próba przedefiniowania, czym w ogóle jest dobra edukacja, dobra relacja międzypokoleniowa i wartościowy dialog między różnymi sezonami życia. Jednym z cenniejszych tropów, którymi podążamy jest odpamiętywanie praktyki dziedzictwa – rozumianego nie tylko jako nauka o przeszłości, lecz jako twórcze współuczestnictwo w świecie, jako przekazywanie i odbieranie. Chodzi o to, by starsi żyli tak, jakby młodzi byli ich młodszymi, a nie tylko jakimiś tam młodymi. Chodzi o to, żeby wzbudzić w młodych fascynację badania tego, jak się tu znaleźliśmy, podłączania się do świata, dzisiaj silnie powiązanego ze sztuką żałoby i by w końcu, zastanawiali się, jaka może być ich robota do podjęcia.


Regeneracja gleby kulturowej – zapiski z naszych praktyk 

Cztery lata temu powołaliśmy do życia Liceum Sowizdrzała – szkołę stworzoną w duchu zdyscyplinowanego marzycielstwa, rozkochanego myślenia i działania społecznego. Eksperyment edukacyjno-społeczny i mikro think tank, który w swoich często niezdarnych, ale szczerych poszukiwaniach próbuje zarzucać most w stronę utopii. W gronie ok. 40 uczniów i ich rodzin, właśnie pierwszy raz dochodzimy do 4 klasy i tym samym do matury. W czerwcu 26’ będziemy mieć pierwszych 15 absolwentów. Co jakiś czas odwiedzają nas też edukatorzy z całej Polski i podglądają, co kombinujemy.  Po 4 latach rozpalania ognia nastoletniości albo po młodemu: podpalania szkolnego marazmu, widzimy, jak młodzi odzyskują trójwymiarową chęć życia. Po 4 lata kręgów – ćwiczenia się w intymności i przynależności; wieców szkolnych – współtworzenia społeczności i robieniu małych projektów; okresów do góry nogami – naszego sakrum – gdzie nie ma planu lekcji, za to jest dużo pracy rękami, ruchu i sowizdrzalskiej modlitwy; dłuższych przerw na gotowanie obiadu w szkolnej kuchni; zostawanie po szkole na slam poetycki albo grę w butelkę (o której oczywiście jako dorośli, nic nie wiemy :–)). Nasze wielkie mieszkanie w kamienicy i salka w historycznym Domu Śląskim zaraz obok, stają się za małe. Szukamy większego miejsca, w którym poza szkołą mógłby działać Hajmat na Progu – zależny od miejsca i czasu dom kultury. Jedną z naszych aspiracji jest doprowadzenie życia liceum do takiego poziomu splątania z lokalnością, żeby coraz cięższe było rozgraniczanie naszej szkolności od działania społecznikowskiego domu kultury. Świetną okazją do pracy na rzecz tego marzenia będzie prowadzenie panelu obywatelskiego dla Gminy Rydułtowy (we współpracy z Fundacją Pole Dialogu). Kiedy niebawem zacznie się ten proces, nasze szkolne pracownie nadstawią uszu i rąk w stronę niedalekiej od Katowic małej miejscowości, w której główne pytanie panelu: jak zagospodarować tereny pokopalniane, by służyły wszystkim mieszkańcom? stanie się okazją do studiowania historii transformacji i aktywnego praktykowania pogranicznego dziedzictwa, które stoi na ważnym progu związanym z wygaszaniem kopalni. Jednym z pytań, które do nas często wraca podczas tworzenia Liceum jest pytanie o kształt kulturowego domu, nie tyce co dla młodych, co domu mającego ich w sercu. Gdzie młodzi mogą dziś ćwiczyć się we wgryzaniu w miejsce, w którym żyją; gdzie mogą odkładać świadomie telefony i tworzyć rękami prezenty dla najbliższych i dla samotnej sąsiadki; gdzie mają ćwiczyć się w sztuce kłótni, miłości czy bycia uczniem u swojej mistrzyni życia? Zawsze płatna kawiarnia albo centrum handlowe nie wystarczy. W domach zmęczonych relacją dziecko-rodzic, która szczególnie w okresie nastoletnim potrzebuje szerszej przestrzeni? A może w szkołach zamykanych na klucz o 16:00, w których uczą się 13 przedmiotów jednocześnie, a przerwy trwają tam 5 minut, poza jedną 20-minutową, idealną na hot-doga z Żabki? Nasze miejsce powstało ze świadomości tego, że naszej lokalności brakuje tzw. trzecich miejsc. Nasze miejsce jest też po to, aby upiec ciasto i zostawić dziewczynie w prezencie kawałek; żeby zorganizować 18-tkę, która nie będzie polegała na piciu alkoholu; aby zorganizować wieczór filmowy i zaprosić nas – dorosłych do wspólnej kminy; aby zorganizować nocną akcję sadzenia drzewa w oponie na parkingu obok szkoły; aby poprzytulać się ze sobą, zamiast z telefonem.

Jedna z naszych otwartych pracowni zainicjowała cotygodniową pomoc sąsiedzką – uczniowie wspierali prace w ogrodzie Domu Śląskiego, stworzyli tam miejsce do rozmów i własnoręcznie zbudowali stół z wyrwą–raną, symbol wspólnego pochylania się nad tym, co trudne. W czerwcu zorganizowali Urobki, nasze śląskie święto plonów, gromadząc przy tym stole lokalną społeczność. Kolejnym przykładem jest to jak zaczynamy rok. Od 1 września do 14 października (Dnia Edukacji Narodowej) pracowaliśmy nad naszymi indywidualnymi i kolektywnymi gwiazdami polarnymi – celami pomyślanym na dziko, wyzwaniami na styku potencjału i trudu. 14 października, w dzień upamiętniający Komisję nad Edukacją Młodzi Szlacheckiej Dozór Mającą (której też krytycznie się przyjrzeliśmy), domknęliśmy 6 tygodni wchodzenia do szkoły. Pytaliśmy się: na jaką przygodę próbuję wyruszyć w tym roku? Jakim większym niż moje pewności i nawyki pytaniom potrzebuję się oddać w tym semestrze życia? W jaki konkretny sposób będę praktykował Życie na Pełnej Petardzie i w jaki sposób stanę się dostępny dla moich prawdziwych tęsknot i powołań? Do jakiego sekretnego egzaminu dojrzałości się uczę? To samo robiliśmy w zespole. Nasza praca w podgrupie młodych i starszych (kadry), zakończyła się wybraniem trzech grupowych wyzwań, które zaklęte w wybrane przedmioty położyliśmy na świętych kącikach, które pierwszy raz zawisły w przestrzeni szkolnej. Tak w Liceum wybijamy rytmy roku. Tak próbujemy raczkować w pracy uświęcającej nasze życia. Proces wchodzenia w rzeczywistość Sowizdrzała i przyswajania jego zasad jest długotrwały i wymagający. To praktyka regenerowania tkanki społecznej – edukacji, która wychowuje ludzi zdolnych do budowania wspólnoty i sensu w świecie pełnym kryzysów. Przestrzeń wytwarzania tradycji odgrywa tu kluczową rolę.

Droga (powrotna) do hajmatu

Przestrzenią naszego działania jest pograniczny, poturbowany, skrywający podziemne skarby (np. odmienna językowość, która przetrwała w dużej mierze dzięki fizycznemu podziemiu), robotny i dominująco wciąż robotniczy Śląsk aglomeracyjny. Miejsce, któremu transformacja zadała kolejny cios, odbijający się na jego tkance łącznej. Przemysł wciąż upada, wspólnoty robotnicze nie znalazły nowego mitu na siebie, a drobne elity poprzedniego pokolenia jakby rozmyły się w pyle; ewentualnie oprowadzają wycieczki po zabytkowych dzielnicach czy szybach. Nie ma tu odpowiednika KIKu, prężnych szkół społecznych, a np. grupy młodego aktywizmu klimatycznego nie zbierają wystarczającej energii, żeby zacząć działać. Biznes nie zmądrzał jeszcze też na tyle, żeby zacząć się dzielić. Władze miast kulturę rozumieją głównie jako formę marketingu i wielkich festiwali. Katowice postawiły sobie nawet ostatnio pomnik byka a’la z Wall Street, co wręcz przerażająco dosadnie pokazuje mentalność samorządowców. Nie piszemy tego jako formy zażalenia, chcemy przybliżyć kontekst, w którym pracujemy. Zarysować tęsknoty.

Naszą fundację i Liceum Sowizdrzała powołaliśmy więc jako formę skłotu, wyrwy, przystani negocjującej miejsce przy stole dla tego, co wygnano z królestwa. Uczyć się po sowizdrzalsku to „spotkać się z tym, czego nie chcesz wiedzieć o tym, co wiesz”, jak pisze  S. Jenkinson. Zbiorowości też tak potrzebują się uczyć. My z tym nie żartujemy, zaczepiamy, robimy coś, czego lokalna władza i przyzwyczajenia społeczności naprawdę nie chcą. Nie chodzi tu o żadne bohaterstwo, to nasza próba bycia przydatnym. Do takiej pracy potrzeba mocnych pleców, bo nie możemy liczyć na budynek od miasta albo zbyt wiele zaproszeń na konferencje. Część takich partnerstw już mamy, teraz wchodząc na kolejny etap, szukamy następnych. Szeroko rozumiany dom dla kultury, który tworzymy, w swojej najwyższej aspiracji ma dawać miejscowym – w tym też nam – mit i pracownię do opiekowania wyzwań duchowych zbiorowości. Odpowiedzialnością gospodarzy domu kulturowego jest wznosić toast za hajmat, stwarzając szansę na obywatelskie stawanie się dla reszty.

W naszym regionie brakuje dzisiaj wyraźnej kontynuacji tradycji społecznikowskiej: inicjatywy obywatelskie i czy np. działania proekologiczne mają charakter rozproszony i incydentalny. Nie mają swoich miejsc, swoich źródeł finansowania. Brakuje niezależnych instytucji i liderek, które potrafiliby nadać im trwałą strukturę i wspólny kierunek. Chcielibyśmy, aby potencjał społecznego zaangażowania na Śląsku został lepiej wykorzystany i przekazywany młodszemu pokoleniu. Czasem nazywamy taką pracę wychowywaniem nowych elit społecznej troski. O tym wszystkim chcielibyśmy z Wami porozmawiać i być może znaleźć sposób na współpracę.

 Dominika Hofman, Kacper Lemiesz, Urszula Szwed

Next
Next

Manifest dziadowania