Manifest dziadowania
„Stoi przed nami ważna decyzja: możemy widzieć znamiona naszej bezdomności albo jako usprawiedliwienie naszego nieszczęścia i za żalenie, albo jako zadanie, na które w danym nam czasie, zostali śmy zobowi ązani odpowiadać.”
Stephen Jenkinson
Wygląda na to, że piszę do Was coś w rodzaju manifestu. Mniej popularna dziś jego definicja oznacza: dokument zawierający wykaz ładunku na statku. To techniczne znaczenie pamięta coś ważnego. Skłaniam się ku tej definicji, dlatego że nie wprost, ale wręcz pod postacią zagadki, zaprasza nas ona do podjęcia rozrachunkowej pracy. Rozrachunek w kulturze czy edukacji? Dajcie mi moment. Tak rozumiany manifest pyta: co mamy na pokładzie statku naszej kultury?
Sporo w ostatnim czasie mówimy o potrzebie nowej opowieści lub utopii. Mamy tu na myśli powtarzające się najczęściej rozumienie manifestu jako wizji, deklaracji czy protestu. Taką tendencję widać wyraźnie w sztuce współczesnej. Tak manifestujący dostają sporą część grantów czy miejsca na wystawach. Ma być pewnie, dobrze, świeżo albo wręcz przeciwnie: mrocznie, piekielnie, generalny statystyczny koniec świata w postaci danych o kryzysie klimatu. W świecie cukrującej wszystko opowieści chwały szukamy zepsutego lub uszkodzonego i to wydaje się najgłębszą pozycją do zajęcia. Porównywalnie w branży rozwojowej najlepiej sprzedają się kursy o świadomej i niezwykłej męskości czy kulturze organizacyjnej. Nowy, czysty, początek. Oddzielenie od tego, co było i klarowna lista kroków do podjęcia. Kłopot z naszym manifestowaniem jest wtedy taki, że chodzi w nim głównie o nowiusieńkie, lepsze rozwiązania. Palimpsest. Jak Nowa Anglia… co wiemy, jak się skończyło. Ta starsza, marynarska definicja manifestu, sugeruje nam jednak coś z innego porządku. Mówi o pracy widzenia tego, co się dzisiaj manifestuje, tego, z czym się teraz zmagamy na pokładzie naszego kulturowego statku.
Niedojrzałość naszej utopijności dzisiaj proponuje więc sporo odpowiedzi na pytania, które boimy się zadać nawet samym sobie. Nie wiemy, co jest naszą chorobą, ale mamy sprawną fabrykę plasterków z innowacji. Nasze kłopoty się oczywiście w ten sposób mutują, a nie koją czy zdrowieją. Jeśli jednak zwolnimy, korzeń słowa manifest pokaże nam znaczenia bliższe: udowodnić działaniem albo wyraźne dla oka, namacalne. Mieści w sobie słowo manus (łac. ręka), zwracając naszą uwagę na praktyczność i odręczność manifestacyjnego rzemiosła. Okazuje się, że to, co z innej strony brzegu pewności wydawało się senne, niekonkretne i eteryczne jak utopia… nagle, stało się w swojej istocie czymś wręcz przeciwnym – bardzo przyziemnym i osadzonym. I znowu można na chwilę wypłynąć, odwiedzić Krainę Niepewności. Tu na scenę wchodzi druga figura, o której chciałbym Wam opowiedzieć.
Figura dziada. Najpopularniejsze dziś w użyciu jako dziaders, dziadyga i dziadostwo rozumiane jako badziewie. Nie negując często trafnych zarzutów wobec tej perspektywy, zarzućmy znowu nasz kulturotwórczy most w kierunku innych znaczeń. Przecież w naszej pamięci, dziedzinie (spadek po dziadku) i dziedzictwie kryje się ukryty na uboczu, prawie zapomniany, skarb instytucji wiejskiego, obchodnego dziada. Zgodnie z ludową mądrością, w czasie takim jak nasz, czyli w czasie dogłębnych kłopotów, odkupienie może przyjść tylko z peryferiów. Potrzebujemy buntu, który sekretnie przywraca porządek. Dziad staje się dla nas wtedy cennym patronem i znaczącym etosem, rodzajem obecności w świecie. Dziad, pulsuje też w dziadku, starcu, ale i przodku. Chodzenie na dziady było rytuałem wiążącym nas ze zmarłymi i – poprzez nich – z Innym Światem. Starość wymagała szacunku, dlatego że go wzbudzała. Jego brak mówił dużo więcej o szczeniakowatości młodego niż niedoborze starszyzności starego. Skąd więc w naszym języku taki kontrast znaczeń i różnica wagi tego słowa? Co się wydarzyło po drodze do dzisiaj?
Od świętego, boskiego posłańca i mędrca albo przodka z zaświatów do bardzo żywej obelgi, a nawet uosobienia rzekomej przyczyny całego zła, bo przecież dziaders jest już blisko słowa patriarchat. Więc co dziad może podpowiedzieć nam jako edukatorom i robotnikom kultury pracującym z młodymi? Jako starsi w Polsce, w dominującej większości nie uznajemy, nie chcemy, nie umiemy dziś unieść świadomości realnego stanu naszej kultury i przyrody (naszej relacji z miejscem). W związku z tym, że do końca nawet nie otwieramy oczu, na pewno więc nie dajemy młodszym wystarczającego przykładu twórczego zmagania się z kłopotami naszych czasów. Przeważnie nie tworzymy ścieżek do pierwszego testowania się w trójwymiarowym człowieczeństwie i obywatelstwie.
Z mojego doświadczenia pracy wynika, że ucieczki od badania terytorium naszych współczesnych tarapatów doprowadzają młodych ludzi do stanów generalnej, pokoleniowej apatii, depresji, cwaniactwa, karierozy, cynizmu, stanu zombie, czyli różnych form rezygnacji z życia na pełnej petardzie. Nasi młodsi cierpią więc na kryzys sensu dlatego, że nie widzą ścieżek przynależności, które dawałyby im przestrzeń do twórczego praktykowania życia w realnych warunkach, w których przyszło im się urodzić. W takiej sytuacji kierują się w stronę osunięcia się w konsumpcję, gonitwę sukcesu, uzależnienia itd., do której doprowadza ich świadome widzenie lub czucie podskórnie stanu świata, połączone z jednoczesnym wyparciem tego faktu przez starszych od nich. A jeśli nie wyparciem w ich języku – w sensie mówienia o kryzysie – to wyparciem w ich praktyce codzienności. W efekcie, młodziaki lądują w duchowej szarpaninie między ucieczką i wycofaniem a paraliżującym kontaktem z treściami mediów, w których widzą smog społecznej kłótni, olbrzymie zagubienie, zapaść klimatu i środowiska.
Można by więc wywnioskować – że dla dziada – aktywizm rozumiany jako krytyczność, trzeźwość moralna i troska przekładana na praktykę przeróżnych kształtów, jest koniecznym elementem dzisiejszej (i odwiecznej) podstawy programowej zalecenia się do dorosłości. I w ten sposób, aktywizm staje się – bójcie się bogów – tradycyjną wartością. Kolejny wymiar dziadowania w wychowywaniu i byciu człowiekiem kultury wiąże się dla mnie z odnawianiem roli dobrej hierarchii społecznej. Jednym z objawów naszego zaniedbania w rozpoznawaniu i praktykowaniu różnych repertuarów, różnych sezonów życia jest wiara, że młodzi mają jakiś sekretny składnik, który nas wybawi. Jeśli tylko zaprosimy ich do większej liczby rad programowych, zespołów eksperckich czy paneli, to generalnie będzie dobrze. Dziad wnosi tu stanowczy sprzeciw. Podpowiada, że młodzi nas nie uratują, bo tak samo jak my, starsi, nie mają kieszeni pełnych doświadczeń autentycznej, gęsto tkanej i głębinowej wioski czy kultury. Fetyszyzacja wartości głosu młodych wynika więc znów z naszej słabości związanej z nieumiejętnością zmierzenia się z ubóstwem kulturowym, z którego pochodzimy. Natomiast już sami młodsi sekretnie łakną mierzenia się z dziedzictwem rozumianym aktywnie. Nie chcą tylko wiedzieć, kiedy była wojna i wyrażać opinii o tym, czy górnicy są fajni czy nie.
Dlatego w Liceum Sowizdrzała mamy autorskie przedmioty związane z żywą lokalnością i praktyką dziedziczenia. Zamiast monokulturowo pasywnej i odtwórczej historii czy WOS-u, można pytać: kto ma władzę w mieście? Skąd się wzięła w tych rękach? Czy jest dobrze dzierżona? Czym w ogóle władza jest? Karmimy pytania, chodzimy w odwiedziny do społeczniczek, pytamy o historię transformacji panią pracującą w jednej Żabce przez 20 lat i próbujemy to wszystko zamieniać w romantyczny projekt społeczny na miarę 17-latków. Jako starsi spotykamy się oczywiście z olbrzymim oporem po stronie młodych, którego nie dałoby się odczarować tylko za pomocą tzw. akceptacji ich perspektywy albo sztucznym przymusem szkoły monokulturowej. Jak mają interesować się swoim dziedzictwem, skoro urodzili się w czasie, w którym najwięcej warta jest rzekomo przyszłość?
Potrzeba konfrontacyjnej medycyny podanej w dobrym stylu. Jako młodsze pokolenie zostaliśmy – bo też się do niego zaliczam – w zasadzie przekonani, że historia jest dla frajerów. Wydaje nam się często, że jesteśmy tacy lepsi i zbuntowani, bo skupiamy się na przyszłości. Tylko skoro pochodzimy z tej samej kultury co nasi starzy i przeżyliśmy w niej każdą minutę naszego życia, to jakie jest prawdopodobieństwo, że bezwysiłkowo wniesiemy do niej teraz inną jakość, a nie po prostu nieświadomie odtworzymy zastane przekonania po lekkim liftingu? Tutaj można zacząć pękać i dojrzalej zmagać się z robieniem sensu życia. Jak to się stało, że żyjemy dziś w świecie pożerającej duszę konsumpcji, plagi depresji czy nierówności większych niż kiedykolwiek? Czy pamiętamy, że nie zawsze tak było i że tak być nie musi?
Poprzez tak piękne pytania można odzyskiwać wartość tradycyjności. Tylko nie może chodzić o uczenie „o” dziedzictwie, tylko praktykowanie dziedzictwa. Praktykowanie codzienności naszego życia jako starsi tak, jakby młodzi ludzie byli naszymi młodymi, a nie jakimiś tam młodymi akurat obok. Podłączenie do przeszłości jest więc ważne, ale jeśli nie stworzymy współzależnej, praktycznej narracji i ścieżki przynależności, która opowiada też rodzaj pracy do podjęcia, to zostaniemy z pluszowym Bebokiem w ręce, oglądając koniec świata na Netflixie. Bardzo potrzebujemy odczarowania i zaczarowania na nowo idei takich jak przynależność czy zobowiązanie, które często wrzucamy do konserwatywnego pudełka z napisem to, co złe i przymusowe. A przecież to pierwotnie nie jest przymus, tylko wybór – głęboki, dojrzewający wybór, który mówi: jestem powiązany z innymi i chcę wnosić do mojego hajmatu mały, ważny skarb. Jestem w tym miejscu i czasie naprawdę po coś.
Moją pracą jako nastolatka czy starego młodego jest w dużej mierze fascynowanie się tym, gdzie przyszło mi żyć i szukanie swojej niszy-roli w pokruszonym, kruszącym się świecie. Zdaję sobie sprawę, że dziadowanie prosi o wiele. Ja je odbieram i staram się proponować jako formę szacunku. Praca kulturowa to nie jest przecież jakakolwiek animacja, wprowadzanie w ruch, żeby nie oszaleć, tylko konkretna opieka konkretnych energii, które wymagają ciągłego rozpoznawania. A być może właśnie to fedrowanie i dziadowskie zaglądanie pod podszewkę jest dzisiaj jedną z ważniejszych prac do wykonania.
Dziad częściej pyta: jakiego domu potrzebuje nasza kultura? Rzadziej: czego my od niej potrzebujemy? Niespodziewanie odpowiadając na nasze tęsknoty za przynależnością i byciem przydatnym na poważnie. Dom kultury w swojej najwyższej aspiracji ma dawać miejscowym mit i pracownię do opiekowania wyzwań duchowych zbiorowości. Odpowiedzialnością gospodarzy domu kulturowego jest wznosić toast za hajmat, stwarzając szansę na obywatelskie stawanie się dla reszty. I nie stoi to wcale w sprzeczności z trzymaniem w sercu tych, których spotkało nieszczęście. Szacunkiem nie może być przecież upupianie poprzez ciągłe obniżanie progu wejścia i robienie z kultury miejsca atrakcji czy rozrywania się. Nasza obsesja inkluzywności potrzebuje wejść z czymś większym w żyzne napięcie. Być może próg trzeba dzisiaj zamieszkać? Przystroić? Uświęcić naszą uwagą.
— Kacper Lemiesz
źródło: O wartościach niezawodowej edukacji młodych poprzez kulturę – obserwatorium to publikacja podsumowująca edycję programu „Bardzo Młoda Kultura 2023–2025” w woj. śląskim.